Łapy lekko dotykały ziemi, nie wydawały żadnych dźwięków. Miękko sunął w
stronę psa. Po chwili przystanął. Przed nim stał półdziki malamut.
Stali tak i lustrowali się wzrokiem. Oboje mieli nastroszone sierści.
Obok malamuta było jedzenie, Inu popatrzył na nie z zazdrością, dlaczego
on by nie miał go zjeść? Postawił ogon jeszcze wyżej i obnażył kły.
Inaczej się nie da. Malamut także obnażył kły, nie miał zamiaru oddać
pożywienia bez walki. Jednocześnie, jakby na umówiony sygnał, psy
zaczęły krążyć. Ogony teraz lekko powiewały na wietrze, nie marnowali
energii na trzymanie ich sztywno, już nie potrzebowali tego robić,
przecież zaczęli walkę, nie da się tego cofnąć. Psy nie wydawały
dźwięków, nie zachowywały się jak kundle walczące przez płot, albo na
spacerze. Nawet nie jak te biegające same po ulicach, często wdające się
w bójki. Inu i malamut nie wydawali dźwięków, walczyli jak wilki, bez
dźwięków, cicho, ale skutecznie. Nagle malamut skoczył, o sekundę za
późno, zęby zamiast zatopić się w karku, ześlizgnęły się po plecach. Inu
wykorzystał moment i rozciął zębami bark przeciwnika, poczuł krew na
języku, dodało mu to energii. Psy odskoczyły od siebie i znowu zaczęły
krążyć. Tym razem skoczył Inu, o pół sekundy za późno. Zęby chwyciły
grubą sierść zaraz za karkiem. Puścił jednak szybko i odskoczył, pies
jednak zdążył ugryźć go w ramię. Poczuł ciepłą krew spływającą po łapie.
Nie zaatakował jednak "za tą ranę". Po prostu odskoczył i znowu zaczęli
krążyć. Walka zbytnio wydłużała się jednak, za dużo krążyli. Malamut
więc skoczył na Inu. Ten jednak szybko zrobił obrót na łapie i
przejechał zębami psu po plecach. Mimo rany na plecach, pies się nie
poddał. Odskoczył tylko kawałek i stanął czekając na reakcję Inu. Ten
jednak nie atakował, tylko szybko przywarował do ziemi. Praktycznie na
niej leżał, tylko warując szybciej mógł skoczyć w górę i zaatakować.
Pies jednak nie wykrył podstępu i podszedł myśląc, że może szybko
odskoczyć. Gdy stał bokiem do warującego psa, ten skoczył szybko na nogi
rzucając się przeciwnikowi do gardła. Udało mu się, trzymał teraz
malamuta za gardło. Starczyło tylko jeszcze mocniej zacisnąć szczęki.
Już prawie to zrobił, gdy malamutowi udało się go chwycić za grubą
sierść na karku, jeśli przeniesie chwyt niżej... Inu puścił psa i ugryzł
go mocno w kark wyrywając kłak sierści. Malamut czując, że już nikt nie
trzyma go za kark, stał się pewniejszy. Teraz go już nic nie
powstrzyma. Co tam wyrwany kłak sierści, mógł zabić Inu... Pies wyczuł,
że popełnił błąd puszczając sierść na gardle. Teraz na chwilę wpadł w
panikę, co teraz? Jak mi się uda przeżyć? Zaczął gryźć na oślep, byleby
zadać jak najwięcej ran. Malamut powoli przesunął chwyt bliżej gardła
Inu. Pies ten przestał ciąć skórę przeciwnika na oślep. Wiedział już co
zrobić, złapał pewnie łapę psa i zacisnął mocno szczęki. Psy usłyszały
trzask łamanych kości. Teraz malamut miał tylko trzy nogi, na których
mógł się opierać. Wiedział, że jeśli nie puści, to Inu złamie mu
kolejną, a on się przewróci. Puścił więc psa, odskoczył spadając na
cztery łapy, potknął się jednak i pisnął z bólu, jedna przecież była
złamana. Podniósł się jednak szybko i odsunął od Inu. Ten jednak nie
miał zamiaru zabijać psa, warknął tylko:
- Idź precz, póki nie chcę zabić!
Malamut
nic nie odpowiedział, po jego ruchach widać było jednak, że zrozumiał.
Wycofał się w czerń nocy i umknął z podkulonym ogonem starając się nie
piszczeć ilekroć złamana kończyna dotykała ziemi. Inu natomiast podszedł
do pożywienia, położył się obok, ale nie tknął. Najpierw wylizał swoje
rany i zasnął. Po kilku godzinach obudził się, zjadł to co wygrał i
odszedł z miejsca walki, a poranne słońce przyjemnie grzało mu plecy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz